Autor Wątek: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem  (Przeczytany 117759 razy)

Dżoana

  • nieustraszony
  • Administrator
  • Użytkownik
  • *****
  • Wiadomości: 12194
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #390 dnia: Luty 02, 2015, 16:06:06 pm »
Aż mi się rodzić zachciało znowu  :)


agi

  • Metamorfozy-zdjęcia
  • Użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 5238
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #391 dnia: Luty 02, 2015, 17:03:29 pm »
Haha a mi się pożałowało, że nie przeżyję pn.

Soul bardzo wzruszający opis :)

agnieszka78

  • Opiekunka działu
  • Użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 6319
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #392 dnia: Luty 02, 2015, 22:45:35 pm »
Soul - rewelacja, aż zazdroszczę.Gratuluję raz jeszcze :)

Moni

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 7950
  • Płeć: Kobieta
  • po marzenia w trójkę z naszą Gwiazdką na niebie
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #393 dnia: Luty 02, 2015, 22:56:25 pm »
Soul cudownie  :marzyciel:
Ten spokoj... :marzyciel:
Klara  :serduszka:
04/08/12 3350g 54cm 

Nela :serduszka:
15/12/16 2630g 51cm

Alicja 14/09/14 :aniołek:

gosia.p

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 5210
  • Płeć: Kobieta
  • Moja foto strona www.gosiapiekutowska.pl
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #394 dnia: Luty 03, 2015, 09:13:06 am »
Soul ale miałas wymarzony poród :D Fajnie, że udało ci się być tak opanowaną :)
Ja nie wierzę w takie rzeczy normalnie, że tak można urodzić ;) ja pewnie znowu 2 dni spędzę na porodówce i będę krzyczeć na cały szpital jak zwykle ;)

jallis

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 3543
  • :)
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #395 dnia: Marzec 21, 2015, 02:00:46 am »
 :jupi:
Wow-ale Czad-
super ze tai spokoj i to krocze! :):):)
-moj drugi-zreszta sama pamietasz byl blyskawiczny-prawie do konca semesowalam z Toba-o rany!:)
alez fajne pzezycie te porody-kurcze jak super byc KOBIETA:):):)
Soulica-pozdrawiam- i pamietam-czasu tylko w zab juz teraz nie mam :(:(:(
ech /11 kwietnia jade do sanatorium moze sie uda cos napisac :)sciskam Cie i 4ke Twych cudownych mezczyzn:)


Soul

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 7868
  • Płeć: Kobieta
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #396 dnia: Marzec 22, 2015, 09:21:58 am »

ech /11 kwietnia jade do sanatorium moze sie uda cos napisac

Będziemy na łączach w takim razie :) :) :)


fio

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 7013
    • Detailing Auto :)
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #397 dnia: Czerwiec 14, 2016, 13:33:54 pm »
Na dwa miesiące przed kolejnym porodem chyba mnie naszło w końcu natchnienie na opisanie pierwszego ;)

Termin wyznaczony na 20.03 wcale się nie zapowiadał na TEN dzień... no i nie był :P
W niedzielę 23.03 mąż zabrał mnie na pyszny włoski obiad, później spacer, w domu jeszcze pokulałam się na piłce, a wieczorem po 8.miesiącach posuchy zaszaleliśmy  :niesforny: :niesforny: :niesforny:
No i się zaczęło ;)
Ok. 2. w nocy pierwsze skurcze, na początku niezbyt mocne, nieregularne. Przed 3. już konkretniejsze i co 10-12 minut. Wstałam z łóżka i zaczęłam przemierzać mieszkanie wzdłuż i wszerz. Męża obudziłam po 4. żeby się zaczął szykować. Sama poszłam wziąć gorący prysznic żeby jeszcze rozkręcić akcję ;) Jakoś o 5.wyjechaliśmy do szpitala ze skurczami co 8.minut. Izba przyjęć pusta, w gabinecie szybkie badanie, rozwarcie 2cm i stwierdzenie, że wody już odeszły i jedziemy na górę, bo to już parę godzin jednak akcja trwa. What, wody odeszły??? Kiedy?? Nawet nie wiem, serio. Może pod prysznicem? To się czuje w ogóle??
Na porodówce nawet spokój, mimo paru sal zajętych, ale cicho jakoś  :| Ja zajęłam się papierologią, mężu rozesłał rodzinie SMSy, że jesteśmy w szpitalu. Dostaliśmy salę nr 1 - w tej samej rodziły moje przyjaciółki  ;)
Przez pierwsze 4 godziny akcja powoli się rozkręcała. Mężu oczywiście nie wytrzymał i na bieżąco zdawał relację na FB :[ Na jego szczęście pomagał też :P Wodę podawał, pomagał do łazienki pod prysznic chodzić, przytrzymywał na piłce. W miarę upływu czasu stopniowo wchodziły kolejne przyspieszacze.. Skurcze były cały czas, ale rozwarcie strasznie powoli się rozpędzało. Gazem najbardziej interesował się mój mąż :P Na mnie podziałała dopiero oksytocyna.  Przyszedł wreszcie TEN czas. Zebrało się grono studentów, lekarz i położne. Chociaż było tam z 15 osób to wcale na nich uwagi nie zwracałam, nie przeszkadzali mi, ani nie krępowali. Skupiałam się tylko i wyłącznie na oddychaniu i parciu. Karnie słuchając poleceń lekarza przechodziłam przez kolejne skurcze i parcia. Kiedy już myślałam, że to ostatni wysiłek okazało się, że Gabi źle się ułożyła w kanale i dodatkowo ma przy twarzy rączki (jak bokser w obronie) i przy parciu odpycha się nimi. Padła decyzja o założeniu vacuum. O żesz! Cały dotychczasowy wysiłek nie bolał jak zakładanie ustrojstwa na główkę maludy. Serio. To był największy ból całego porodu. Z pomocą przyssawki młoda wyskoczyła właściwie sama.
Mąż przeciął pępowinę i położyli mi Gabi na piersi i mogłam zobaczyć to małe cudeńko. Była idealna  :marzyciel: Nawet nie zauważyłam jak mocno ma "wyciągniętą" główkę po vacuum. Zobaczyłam to dopiero powrocie do domu na zdjęciach, które mąż jej zrobił kiedy ją badano. Mąż się popłakał, przytulił mnie, pocałował i powiedział "dziękuję". A ja jakoś nie byłam wielce wzruszona. Kazałam mu tylko jej pilnować i nie spuszczać z oczu kiedy zabierali ją ode mnie na badania. Mimo, iż było to dwa kroki od mojego łóżka. 
Rodzenie łożyska to w ogóle pikuś, wystrzeliło jak z armaty lądując pod nogami studentów :lol: I oczywiście mój niezawodny mąż-kabareciarz musiał spojrzeć i skwitować "ee taki większy schabowy" czym rozśmieszył całą salę :hahaha:
Cięcie i później szycie krocza też właściwie przeszło bez echa. Położna i lekarz na kontrolach stwierdzili, że tak ładnego szycia jeszcze nie widzieli.
Na sali poporodowej Gabi leżała przy mnie i razem sobie drzemałyśmy, a mąż nad nami czuwał :) Musiał się nacieszyć widokiem, bo na oddział już z nami jechać nie mógł, bo było późno.
Właściwie cały poród nie był dla mnie jakąś męką. Fakt były bolesne momenty, najbardziej jak zakładali przyssawkę na główkę małej. Ale reszta była do wytrzymania.
I niestety nie miałam jak Soul - tej magii, wzruszenia, emocji, euforii. Byłam skupiona na tym co robię i na tym żeby młoda jak najszybciej się urodziła cała i zdrowa.

Ciekawe jak będzie tym razem... ?? :: :: ::
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 14, 2016, 13:56:58 pm wysłana przez fio »

monique

  • akin
  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 7443
  • Płeć: Kobieta
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #398 dnia: Czerwiec 16, 2016, 11:07:31 am »
fio a może miałaś mało wód? Mi jak zaczęły odchodzić to uczucie jakbym się posikała takie chluśniecie ciepła niekontrolowane (chwile wcześniej uczucie jakby mi się siku chciało) ale to lały mi się w domu w drodze do szpitala na oddziale i dopiero na sali operacyjnej skończyły... matko ile tego było ;)

co do emocji to miałam podobnie przy Wiki... sprawdziłam czy wszystko ma ;) kazałam ją pilnować... przy drugim było inaczej, nie wiem czy taka miękka się zrobiłam czy bałam się że wcześniak i jak zobaczyłam że z nią ok emocje zeszły...

fio

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 7013
    • Detailing Auto :)
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #399 dnia: Czerwiec 17, 2016, 11:46:00 am »
Niby na wizytach lekarz mówił, że ilość wód w porządku... Nie wiem, może mi się sączyły po troszeczku już jakiś czas... No nic zobaczymy jak tym razem będzie ::

gosjaak

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 4103
  • Płeć: Kobieta
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #400 dnia: Lipiec 21, 2018, 21:52:38 pm »
Tradycyjnie, mimo iz forum umiera, opiszę nasze spotkanie z Weroniką  :marzyciel:

Narodziny Weroniki
Wdawało mi się ze jestem przygotowana, szpital wybrany, optymistyczne nastawianie, pierwszy raz prowadziłam ciąże u lekarza, który pracuje w wybranym szpitalu. Miało być logistycznie. Wiedziałam ze muszę poćwiczyć asertywność ponieważ poprzednim razem średnio to wyszło i kilka ważnych wydarzeń zostało mi odebranych mimo, iż nie było do tego przesłanek, wystarczyło tupnąć nogą. Nie tupnęłam i żałuję do dziś.
Na FB przewinęła mi sie informacja o warsztatach oswoić poród, a że uwielbiam tematykę porodową, porody naturalne, pomyślałam, że TO JEST TO i postanowiłam wyrwać się z domu. Jak się okazało to był początek pięknej zmiany. Dzięki spotkaniom z Duolami wymieniłam dziecinne piżamy na dorosłe, kobiece, a do samego porodu założyłam czarną z koronką, wybrałam inny szpital gdzie nie musiałam tupać nogą, każda moja prośba została spełniona bez wywracania oczami, urodziłam tak jak chciałam. Dziś mówię - wyrywając się z domu zapoczątkowałam cudowny poród. Od samego początku ciąży wiedziałam, że termin zapisany w karcie ciąży jest błędny ponieważ obliczony na podstawie 28 dniowego cyklu. Moje są 33-35 dni, wiec prawie tydzień rozbieżności. Z USG wyszło 7.06, z mojego OM 10.06, wg standardów 3.06. Żeby nie przeginać termin który sobie obrałam za wyjściowy to ten z usg z 11 tyg ciąży - 7.06 i tego się trzymałam. 24.05 miałam wizytę u lekarza, było 2 cm rozwarcia i szyjka zgładzona w 50%. Coś się juz działo. Dostałam skierowanie do szpitala i zalecenie aby stawić się na oddziale 11.06. Miałam 2,5 tyg na rozkręcenie akcji porodowej ... dużo i mało. Nie oszczędzałam się, spacery, wycieczki rowerowe, gruntowne sprzątanie, malowanie. Dni mijały nieubłaganie, pytania "Ty jeszcze nie urodziłaś" doprowadzały mnie do szału. Niestety, nie ruszyło się samo. Pojechaliśmy do szpitala z założeniem, że sprawdzimy czy wszystko gra i wracamy do domu. Tak też sie stało, jednak musiałam o to walczyć jak lwica. Lekarz na którego trafiłam był momentami brutalny i nie przebierał w słowach, przytaczając straszne historie o przenoszonych ciążach które obumierały, próbując przekonać mnie do zostania na oddziale celem obserwacji. Po zbadaniu okazało się, że sytuacja nic się nie zmieniła od ostatniej wizyty. Dobiło mnie to, jednak postanowiłam wykorzystać dane mi dwa dni na pobyt w domu. Lekarz musiał mieć dupochron i robił wszystko żeby mnie zatrzymać na oddziale w razie W, którego wg mnie miało w ogóle nie być. Długo z nim rozmawiałam, mówił ze wie jakie skutki uboczne ma oksytocyna, jednak wolą ją podać, dając sobie dupochron – słowo to padało kilkanaście razy zarówno z moich ust jak i jego. Na koniec życzył nam porodu takiego jaki zaplanowaliśmy. Podpisałam odmowę przyjęcia na oddział i wróciliśmy do domu. Wahania nastroju miałam straszne. Bałam się bardzo, wizja obumarcia maluszka mnie paraliżowała, z drugiej strony wiedziałam ze mam jeszcze
czas, ze jest jeszcze parę dni. Zabrałam się za robienie kompotów z czereśni, drzewo w tym roku cudownie obrodziło. Późnym wieczorem poszłam z przyjaciółka na spacer, było wesoło. Moja piłka pękła, więc pożyczyła mi swoją. Możecie sobie wyobrazić nas - ja kulający się czołg i Ona - niosąca ogromną piłkę, zapadał zmierzch, humory dopisywały. Wzięłam kąpiel, piłkę zakulałam w kąt z założeniem ze od jutra zaczynam skakać. Poszliśmy spać. Byłam strasznie zmęczona, nawet przez głowę mi nie przeszło, że to będzie nasza noc. O 0,45 obudził mnie skurcz, zbagatelizowałam go, w końcu to nie pierwszy w tej ciąży. Próbowałam zasnąć, po 4 min kolejny i tak kilka razy. Wstałam, poczułam, że coś poleciało ze mnie - cudna galaretka. Skurcze były przyjemne. Powiedziałam T. że jeszcze mamy czas. Poczekamy coby mieć pewność ze to akcja porodowa. Pomalowałam oko, przygotowałam kanapki dla T, starszym Córom ubrania do szkoły i przedszkola ... czas miedzy skurczami skrócił się co 2 min, odczuwalne coraz bardziej, Tomasz nie wytrzymał presji i stwierdził ze czas jechać do szpitala. Założyłam czerwona sukienkę, poinformowaliśmy moją Mamę żeby wybrała starszyznę rano do
placówek i pojechaliśmy. Było po 2 w nocy. Bałam sie tej drogi, najwygodniej czułam się stojąc. Nie przemogłam się aby klęczeć na tylnej kanapie. Usiadłam z przodu. Było coraz intensywniej, T. pyta czy zjechać do innego, bliższego szpitala (tego z pierwszego wyboru). Powiedziałam absolutnie nie, dam radę. Dojechaliśmy. Pan z ochrony nie otworzył nam szlabanu, wiec czekał mnie spacer
szpitalnym parkiem. Było cudownie rześko, ciepło, ptaki ćwierkały. Dotarliśmy na izbę przyjęć, Pani pyta który poród, co ile skurcze i prosi abym się położyła, mówię ze jak do ktg, to sie nie położę, chce stać. Na co Pani odpowiada, że musi mnie zbadać i zrobić wymaz. Jednak wcześniej zobaczy czy dziecko żyje :/, mówię ze żyje, ponieważ czułam ruchy przed chwilą. Wgramoliłam sie na kozetkę, Pani zbadała i mówi 8 cm, na co ja z radością odpowiadam, że super bo rano było tylko 2 cm. Pani pociągnęła temat i wyszło ze podpisałam papier odmowy przyjęcia na oddział i burczeć zaczęła, że się wypisujemy i wracamy z 8 cm i kto ma potem papiery wypisywać. Pan Doktor chciał zrobić proceduralne usg, mówię, że miałam rano, wszystko jest w dokumentacji i było ok, odburczał tylko "jedziemy do góry". Pani pyta czy chcę na wózku czy na nogach, odpowiedziałam - po schodach, ale się nie zgodziła. Winda czekała. Na sali porodowej czekała uśmiechnięta Kobieta, mniej więcej w moim wieku. Mówię - Tomasz daj Pani plan porodu. Pani informuje mnie ze trzeba zrobić ktg, informuję stanowczo, że nie położę się na łóżko, pyta jak chcę, odpowiadam - na stojąco lub na klęczkach, wgramoliłam sie na łóżko, zawisłam na oparciu tyłem do "zaspanego lekarza". Juz miałam prosić o przykrycie mi tyłka prześcieradłem, kiedy Pani Położna sama to zrobiła. Zaczynałam czuć sie bezpiecznie, Pani mnie słuchała, zaczynała czytać w myślach, spełniać powolutku moje marzenia. T. siedział blisko mnie na fotelu. Wystarczyła mi jego obecność. Położna podeszła i omówiłyśmy plan porodu, zapytała mnie o nacięcia, powiedziałam że byłam nacinana dwa razy i mimo iż nie wyrażam zgody na kolejne jestem świadoma jaka jest sytuacja i jeśli nacięcie będzie lepsze od pęknięcia to ma ciąć. Powiedziała ze zrobi wszystko aby ochronić krocze. Było coraz mocnej i intensywniej, rzuciłam T. z wyrzutem że nie kupił elektrod do TENS, a teraz mnie bardzo z krzyża boli. Po raz kolejny Położna mnie zaskoczyła mówiąc - ja mam elektrody, chce Pani Tens? TAK TAK TAK. Było mi  łatwiej. Podczas badania odeszły wody, delikatnie pociekły, inaczej niż w poprzednich porodach. Prawdopodobnie z racji pozycji wertykalnej. Zapis ktg się zakończył, jednocześnie poczułam rozpieranie, chwile wytrzymałam jeszcze na kolanach, potem usiadłam na łóżku, spojrzałam na zegar, było parę minut przed 4. Mówię T. że jest szansa urodzić o 4.25 - tak jak naszą drugą Córkę :), na co Pani Położna odpowiedziała że wg niej będzie wcześniej. Tak niewiele brakowało do spotkania z najmłodszą pociechą. Zaczęłam delikatnie przeć, widziałam że Położna przygotowała nożyczki do
nacięcia, powiedziała - to tylko w razie W. Zaufałam. Kolejny skurcz, Pani prosi bym dała z siebie wszystko, mówi że widzi główkę, ma ciemne włoski. Mówię T. - nie dam rady, nie urodzę naszej Córki. Nie wiem kiedy znalazłam się w jego ramionach, mówił że dam radę. Kolejny skurcz, główka Małej juz jest. Pogłaskałam Ją, była taka cieplutka. Kolejny skurcz, słyszę głos proszący abym nie parła, T. powtarza. Dotarło. Krzyknęłam. Poczułam ulgę. Jest. Urodziliśmy. Urodziłam w ramionach T. Śliczną Dziewczynkę. Naszą trzecią Córkę. Nareszcie mogłam ją przytulić. Była taka cieplutka, bezbronna. Pani Położna mówi że kawał kobiety, ponad 4 kilo, nie uwierzyłam. Pytam co ze mną, zrozumiała w mig, odpowiedziała że jest lekkie pęknięcie, 1 stopnia. Łożysko samo wypłynęło. Pępowina przestała tętnić. Położna zapytała T czy przecina, odmówił, tak jak przy poprzednich porodach, zapytała czy ja chcę. TAK. Chciałam. Pierwszy raz poczułam takie pragnienie. Rozdzieliłam nas. Usłyszałam głos lekarza, tego zaspanego. Chciałby poznać wagę dziecka, Pani
Położna informuje iż mama życzy sobie 2 godz. kontaktu skóra do skóry, ja trzymałam w ramionach i nie zamierzałam wypuścić, krzyknęłam tylko że nie schudnie ani nie przytyje w ciągu 2 godzin. Potem było mniej przyjemnie ... zaspany Pan Doktor zabrał sie za cerowanie, tylko 6 szwów, jednak miałam wrażenie ze się na mnie wyżywa. No cóż nie można mieć wszystkiego. Kiedy miałam przejść na normalne łóżko, oddałam Córkę T. Zaraz potem wróciła w moje ramiona. Emocje opadły. Patrzymy na Małą i próbujemy wybrać imię, nasze dotychczasowe propozycje nie pasowały do Niej. T. zapytał naszej Pani, jak ma na imię. Weronika – odpowiedziała. Spojrzeliśmy na siebie. Tak. To będzie Weronika. Na cześć cudownej Położnej, która spełniła moje porodowe marzenia. Wysłaliśmy zdjęcia
Werki mojej Mamie, pokazała je Starszyźnie, były zachwycone, wniebowzięte. Weronika przyszła na świat 12.06.2018 o 4.15. Ważyła 4010 gram, mierzyła 58 cm. Cała akcja trwała 3,5 godz. Przyjęcie na oddział o 3,26. Cudowny to był poród.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 21, 2018, 22:07:07 pm wysłana przez gosjaak »

olorobal

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 12443
  • Płeć: Kobieta
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #401 dnia: Lipiec 23, 2018, 22:25:00 pm »
Pięknie :) moja pierworodna jest z 12czerwca :) cudowna, wymagajaca, inteligetna i wrażliwa :)

delfina

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 4688
Odp: "Mój poród" - opisz swoje spotkanie z Maluszkiem
« Odpowiedź #402 dnia: Sierpień 22, 2018, 12:47:02 pm »
Gosjaak cudowna opowieść  :) Ah uwielbiam czytać takie historie porodowe  :)